18 stycznia 2021 r. zamarła Hanna Walczuk

naznaczona piętnem wojny była wspaniałym Świadkiem Historii i z zaangażowaniem przekazywała tragiczną historię swojej rodziny i polskich kobiet młodszemu pokoleniu.

Hanna Walczuk nie bała się trudnych rozmów, odwiedzała niemieckie i polskie szkoły, opowiadała młodym ludziom o tym, czego sama doświadczyła. Hanna Walczuk prowadziła aktywną działalność społeczną, działała także aktywnie w Klubie byłych więźniarek KL Ravensbrück. Przez ponad 9 lat edycji projektu IPN współpracowała przy w realizacji „O tym nie można zapomnieć’ była Wielkim Świadkiem, lubiła ludzi, uczestniczyła w spotkaniach międzypokoleniowych. Kochała ludzi i ludzie Ją kochali. Hanna Walczuk miała dziewięć lat kiedy wybuchła wojna. Podczas Powstania Warszawskiego została razem z mamą deportowana towarowymi wagonami do Niemiec. Miała 14 lat.

Poniżej fragment wywiadu z Hanna Walczuk z publikacji "Odzyskać z niepamięci - moje wspomnienia o Ravensbrück" opracowanej i wydanej przez Fundację na Rzecz Kobiet JA KOBIETA, Warszawa 2010 r.

Po trzech tygodniach od przyjazdu do obozu Ravensbrück wyczytali na apelu nasze numery i wywieźli nas do Neubrandenburga, do pracy w fabryce części samolotowych. O czwartej rano trzeba było wstawać i szybciutko się ubierać na apel, tam nas liczyli, po czym ustawialiśmy się w kolumny odpowiednio do działów, w jakich pracowałyśmy. I ruszałyśmy w półgodzinny marsz do fabryki. Nie miałyśmy żadnej bielizny, żadnych ciepłych okryć, nic na głowę, a było już zimno, to był październik. Jak przyszła zima, dostałyśmy takie marynarki  bez podszewki, jedna warstwa materiału. Nie było możliwości mycia się. W Neubrandenburgu był tylko jeden barak, w którym były krany. Więc kto mógł się tam umyć z tych
sześciu tysięcy kobiet, które były w obozie? Poza tym nie miałyśmy nic, czym można by było się wytrzeć. Tak więc nikt się nie mył. Tylko w pracy, kiedy aufzejerka akurat nie patrzyła, biegło się czasem szybko opłukać twarz. Pracowałyśmy po 12 godzin, od szóstej do szóstej. Potem przychodziła druga zmiana, nocna. Ja pracowałam na najcięższym dziale – na galwanizerni. Ta praca najbardziej szkodziła na płuca, bo miało się do czynienia z silnymi kwasami. Wytrawiało się w nich części samolotowe. W południe przywozili nam zupę z obozu, w termosach. Rano nic nie jedliśmy, na obiad dostawałyśmy po miseczce zupy, a po powrocie z fabryki po kawałku chleba i po trochu tej zupy. To była dzienna porcja jedzenia. Na powierzchni zupy zawsze pływało robactwo.

Pewnego razu, było to w styczniu, zapytałam kogoś z „nocki”, która nas mijała, co na kolację. Ijedna pani się odezwała: „A na kolację był transport i twoją mamę zabrali.” Całą drogę  do obozu płakałam. Po powrocie na blok zobaczyłam, że już ktoś inny zajął miejsce mamy na pryczy. Ślad po niej zaginął. To była dla mnie trauma na całe życie. Liczyłam jeszcze na to, że jakimś cudem spotkamy się po wojnie, ale niestety. 
Pamięta Pani moment wyzwolenia Ravensbrück?
– Pamiętam, że w pewnej chwili zrobiło się cicho, jedna pani wyszła ze schronu i zobaczyła przejeżdżającego na rowerze Rosjanina, który powiedział, że Warszawa jest już wolna i że możemy iść do domu. Oczywiście od razu zdecydowałyśmy się wracać, ale najpierw musiałyśmy sobie zorganizować coś na drogę. Chodziłyśmy po niemieckich mieszkaniach i szukałyśmy tego, co mogło się przydać.

Niemcy bardzo się bali Rosjan, więc uciekali w popłochu i niczego praktycznie z domów nie zabierali. Ubrałyśmy się nieco i ruszyłyśmy w drogę. Szłyśmy cały tydzień, jakieś 140 kilometrów. W Kostrzynie był pierwszy pociąg, do którego wsiadłyśmy. W Poznaniu przesiadka do normalnego pociągu do
Warszawy.
– Co Pani czuła, kiedy zobaczyła Pani zniszczoną Warszawę?
– Wielki strach. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, wszędzie były tylko gruzy. Pamiętam, że kiedy szłam na miejsce, gdzie dawniej stał mój dom, zobaczyłam orkiestrę, która wychodziła z zajezdni tramwajowej na Woli i grała Mazurka Dąbrowskiego. To było w święto 3 maja. Stanęłam, jak wryta i się
rozpłakałam. Ale najgorsza po powrocie była ta myśl, że jestem sama, żeby kogoś z rodziny odnaleźć...
Wszędzie na gruzach było ponaklejane mnóstwo kartek informujących, gdzie się kto zatrzymał. Ludzie pomagali sobie wzajemnie.
– Jak Pani sądzi, co dawało Pani siłę, żeby przeżyć to wszystko? Myślała Pani o tym, że to się niedługo skończy?
– Na pewno na to liczyłam. Miałam nadzieję...

Hanna Walczuk pozostanie na zawsze w naszych sercach. Cześć Jej pamięci!

Zdjęcie Hanny Walczuk z archiwum rodzinnego.