20 sierpnia 2019 r. zamarła Leokadia Kaczorowska "Lusia"

uroczystości pogrzebowe odbędą się w Marysinie Wawerskim 27 sierpnia br. o godz. 10.00 ( Parafia Rzymskokatolicka Świętego Feliksa z Kantalicjo ul. Kościuszkowców 85a, Warszawa)



Leokadia Kaczorowska była farmaceutka, w czasie wybuchu Powstania Warszawskiego miała 14 lat, znalazła się w transporcie z powstańczej Warszawy 18.09.1944 i razem z mamą poprzez Pruszków została wywieziona towarowymi wagonami do Niemiec. Przez ponad 9 lat edycji projektu IPN współpracowała przy w realizacji „O tym nie można zapomnieć’ była Wielkim Świadkiem, lubiła ludzi, uczestniczyła w spotkaniach międzypokoleniowych. Poniżej fragment wywiadu z publikacji "Odzyskać z niepamięci - moje wspomnienia o Ravensbrück" opracowanej i wydanej przez Fundację na Rzecz Kobiet JA KOBIETA, Warszawa 2010 r.

– Aż trudno uwierzyć, patrząc na Panią, że ma Pani za sobą takie straszne przeżycia. Tyle w Pani radości życia i chęci poznawania świata.
- Te przeżycia nie dają mi spokoju, stale coś mi się przypomina z tych chwil, przeszłość powraca. Powstanie wybuchło, jak miałam 14 lat. Mieszkaliśmy na Ochocie. Byłam w Warszawie tylko przez pięć dni Powstania, potem Ukraińcy wyrzucili nas z domu na taki zieleniak na Opaczewskiej. Tam nas trzymali trzy dni, a potem popędzili na Dworzec Zachodni i pojechaliśmy do Pruszkowa. W halach pruszkowskich było wielkie zgrupowanie wszystkich wypędzonych. Tam podstawili pociągi towarowe i
większość zatrzymanych wywozili do Oświęcimia. Ojciec został od razu przydzielony na lagier męski, my na żeński. Przez pięć tygodni, jakie tam spędziliśmy, nie brali nas do pracy. To była taka jakby kwarantanna. 18 września ja i mama zostałyśmy zabrane do Ravensbrück, a ojciec do Mauthausen. O tym, gdzie go wywieźli, dowiedziałyśmy się dopiero po jakimś czasie. Niedługo po naszym przyjeździe do obozu mama zachorowała na anginę i poszła do rewiru. W tym czasie prawie cały nasz blok wywieźli
do fabryki amunicji. Zostało tylko kilka kobiet. Ja prosiłam blokową Czeszkę, żeby mnie zostawiła, bo moja mama jest chora. Zostałam, ale przenieśli nas na inny blok, a mama po powrocie z rewiru wróciła na stary. I wie Pani, że nie mogłyśmy się połączyć? Mama prosiła aufzejerkę, blokową – nic. Bardzo się bałyśmy, że którąś z nas zabiorą do fabryki, a druga zostanie. Zimą ogłosili, żeby się zgłosiły wszystkie kobiety, które skończyły 50 lat, że mają być przerzucone do innego obozu. Mama wzięła mnie ze sobą. Pamiętam, że nocą przepędzili nas do tego drugiego obozu. Okazało się, że tam była „wykańczalnia”. Pozabierali nam ciepłe rzeczy, kobiety się gazetami okładały. Rano nas wyganiali na apel i stałyśmy tak do południa. Dostawałyśmy rano kubek mięty niesłodzonej albo kawy zbożowej i kawałek chleba – bochenek był dzielony na dziesięć porcji. W starym obozie na cztery. W południe dostawałyśmy kubek brukwi i znowu nas wyganiali na apel i stałyśmy tak do wieczora. Kobiety zaczęły padać. Te, które się przewracały, były zaciągane na osobny blok i wywożone na zagazowanie – widziałyśmy budy, które krążyły na ten blok i z powrotem. Ostatnia wybiórka była, jak przyszła aufzejerka i patrzyła, kto jest zdolny jeszcze do pracy. Wzięła mamę. A mama do niej po niemiecku mówi, że ma tu córkę. Nie wiem, chyba musiałam spojrzeć na nią jakimś błagalnym wzrokiem, bo popatrzyła na mnie i po chwili popchnęła mamę do mnie. Wróciłyśmy na stary obóz, ale niedługo się pocieszyłam, że byłam z mamą. 31 marca 1945 mamę wzięli do kolumny, w której więźniarki pchały wóz z węglem. I jechali samochodem jacyś młodzi wojskowi. Specjalnie tak jechali, żeby kogoś zaczepić, mama dostała się pod przyczepę i niestety... przywieźli ją na noszach i mówili, że niby będą jej robić trepanację. Mama była nieprzytomna,tylko tak cichutko jęczała. Po godzinie blokowa mnie wezwała i powiedziała, że mama umarła. Zostałam sama. Pani Bortnowska – nasza blokowa – zaopiekowała się mną. Jak już była ewakuacja i wszystkich pędzili na zachód wzięła mnie do rewiru jako chorą. Zostałam więc w obozie aż do wkroczenia Rosjan. Część osób zagonili do kuchni, żeby miał im kto gotować. I ktoś zorganizował pociąg do Polski. Były nawet prycze w wagonie, kuchnia polowa. Doczepiali ten pociąg do jakiegoś innego, bo nie było lokomotywy. Część więźniów wysadzili w Bydgoszczy, a resztę w Łodzi. Ja dojechałam do Łodzi.
Wyszedł po nas prezes Czerwonego Krzyża. Zatrzymałam się u niego tymczasowo. Wysłał mnie nawet ze swoimi córkami na miesiąc do jakiegoś domu wypoczynkowego. Byłam tam, dopóki pani Bortnowska nie załatwiła mi sierocińca w Gostyninie. Tam przebywałam przez sześć lat, skończyłam gimnazjum i przyjechałam do Warszawy na studia. Mieszkałam w akademiku. Studiowałam farmację.
– Nie miała Pani rodzeństwa?
– Nie, byłam jedynaczką. Ale później odnalazłam jakąś rodzinę – wujostwo w Zakopanem. I jeździłam do nich na wakacje, święta, jak było więcej wolnego od zajęć. Ale stratę mamy przeżyłam okropnie. Te wspomnienia ciągną się przez całe życie. Po śmierci mamy zostałam całkiem sama, nie wiedziałam, co ze mną dalej będzie. Ale jak organizowali transport więźniów do Szwecji, to poprosiłam panią Bortnowską, żeby mnie zostawiła – chciałam wracać do Polski.
– Jak Pani udało się to wszystko przeżyć? Jak dawała sobie Pani radę w obozie po śmierci mamy? Była Pani praktycznie dzieckiem, a tam głód, zimno, praca ponad siły.
– Na szczęście czasami udawało mi się ustawić w kolumnie do rewiru. Potem wymykałam się z powrotem na blok i w ten sposób unikałam pracy. Nie przeżyłabym na pewno, gdybym codziennie chodziła do pracy. Jak już było po wyzwoleniu obozu i chodziłyśmy po okolicy, widziałam ciężarówki z przyczepami, w których były zamontowane prysznice. Wiem, że zamiast wody puszczali gaz i samochody z ciałami jechały prosto do krematorium. Potem wszystkie prochy wsypywali do jeziora. Teraz na uroczystościach rocznicowych wyzwolenia obozu rzucamy róże na jezioro.
– Pani wspominała o pani Bortnowskiej – blokowej, która pomagała. Czy pamięta Pani inne przykłady wzajemnej pomocy, jakiejś solidarności wśród więźniarek?
– Tak, były takie przypadki. Pamiętam na przykład jedną panią, która zbierała potajemnie wszystkie młode dziewczyny i uczyła je polskiego. Inna miała wykłady z historii. Ale to już pod koniec wojny. Jedna z kobiet, na których były przeprowadzane eksperymenty medyczne – mówiłyśmy na nie „króliczki” – zaproponowała mi, że po wojnie się mną zaopiekuje, chciała zabrać mnie do siebie, do Lublina. Ale ja nie chciałam być dla nikogo ciężarem. Potem niestety zmarła, miała trepanację czaszki i nie przeżyła tego.
– Jak wrócić do normalnego życia po takich przejściach?
– Ciągle człowiek wspomina, te obrazy wracają. Ostatnio bardzo często myślę o mamie, nie wiem, dlaczego. To się ciągnie za człowiekiem przez całe życie.
– A czy mówienie o tym pomaga?
– Chyba nie. Jak się wspomina, to jest przykro.
– Czy po wojnie dowiedziała się Pani, co się stało z Pani ojcem?
– Nie wrócił, więc wiedziałam, że zginął. Pisałam potem do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i dostałam od nich informację, że ojciec dwa razy trafiał na rewir w obozie i zmarł na zapalenie płuc. A oni tam przecież w kamieniołomach pracowali. O śmierci mamy nic nie było – dostałam tylko potwierdzenie, że była w obozie pod takim a takim numerem.
– Jeździ Pani do Ravensbrück?
– Czasem jeżdżę. Nieraz organizowane są wycieczki do okolicznych obozów. Ja byłam z Hanią Walczuk w Neubrandenburgu, tam Hania pracowała w fabryce części samolotowych. Nie mam tutaj grobów rodziców. Jeżdżę na Cmentarz Wojskowy na Powązki i składam kwiaty na symbolicznych mogiłach więźniów obozów koncentracyjnych.
– Co działo się z Panią po powrocie do Polski? Trafiła Pani do domu dziecka w Gostyninie, potem studiowała w Warszawie. Co było dalej?
– Już w Gostyninie poznałam mojego przyszłego męża – był w tym samym sierocińcu. Jego rodzice też zginęli podczas wojny. Mama w Powstaniu Warszawskim, ojciec jakoś wcześniej. Ale on sam w obozie nie był. Po studiach dostałam nakaz pracy w aptece szpitalnej w Gostyninie, więc wróciłam z Warszawy i pracowałam półtora roku, a tak naprawdę to prowadziłam tę aptekę. Nie dokończyłam jednak nakazu, bo wyszłam za mąż i przeniosłam się do Warszawy. Pracowałam w różnych aptekach, między innymi w dyżurnej aptece na Szpitalnej. Pamiętam, że czasem dyżur wypadał w Wigilię albo w Sylwestra, pracowało się na nocne zmiany, różnie.
– A dlaczego właśnie farmacja?
– Ja na początku chciałam iść na chemię, potem myślałam o Akademii Sztuk Pięknych, ale posłuchałam praktycznych rad znajomych i poszłam w końcu na farmację, uczyć się dobrego zawodu. Bardzo polubiłam swoją pracę, do tego stopnia, że nie chciałam iść na emeryturę. Zatrudniłam się więc na pół etatu i ciągnęłam tak jeszcze, aż skończyłam 70 lat.
– Czy może Pani wskazać coś pozytywnego, co wypływa z Pani przeżyć obozowych?
– Raczej nie, chociaż może trochę mnie to zahartowało na dalsze życie.