30 listopada 2020 r. zmarła Alicja Gawlikowska-Świerczyńska

Poniżej fragment wywiadu z publikacji "Odzyskać z niepamięci - moje wspomnienia o Ravensbrück" opracowanej i wydanej przez Fundację na Rzecz Kobiet JA KOBIETA, Warszawa 2010 r.

Alicja Gawlikowska-Świerczyńska urodziła się w 1921 roku w Warszawie. Życie miała ciężkie. Wcześnie została sierotą, kiedy miała 12 lat zmarła Jej matka, ojciec kiedy była 16-letnią dziewczyną. W czasie II wojny światowej działała w konspiracji. Miała wtedy 18 lat. Za działalność przeciwko okupantowi została aresztowana przez gestapo i uwięziona na Pawiaku w Warszawie skąd transportem warszawskim 23.IX. 1941 roku została wywieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego dla kobiet Ravensbrück (nr obozowy7805) gdzie była więziona do ewakuacji obozu, do kwietnia 1945 r. Po wojnie została lekarką: pulmonologiem i anestezjologiem. 

Poniżej fragment wywiadu z publikacji "Odzyskać z niepamięci - moje wspomnienia o Ravensbrück" opracowanej i wydanej przez Fundację na Rzecz Kobiet JA KOBIETA, Warszawa 2010 r. 

FUNDACJA „JA-KOBIETA”: – Jak Pani wspomina swoje dzieciństwo, swój dom rodzinny?
PANI ALICJA GAWLIKOWSKA: – Bardzo dobrze wspominam, ale tylko swoje najwcześniejsze lata, bo bardzo wcześnie rodziców straciłam. Później już trudno mówić o domu rodzinnym. Kiedy miałam 12 lat, zmarła moja mama, a to jest okres jeszcze bardzo dziecięcy. Ojca rzadko widywałam, bo stale był w rozjazdach. Pracował na państwowej posadzie, równocześnie bardzo dużo udzielał się społecznie, tak że w domu go nie było. Od śmierci mamy byłam właściwie sama. Miałam tylko nianię, która była u nas w domu od mojego wczesnego dzieciństwa. Miałam chyba 4 lata, kiedy do nas przyszła. Ona właściwie prowadziła ten dom. Potem zmarł ojciec, ja miałam wtedy 16 lat. To było rok przed wojną.
– A gdzie się Pani urodziła?
– W Warszawie, w Alei Szucha. Tam było moje pierwsze mieszkanie. Po śmierci ojca miałam jeszcze rok do matury, mieszkałam tylko z nianią. Dużo bliskiej rodziny nie miałam, poza tym byłam z nimi w takich „średnich” układach. Już byłam dorosłym człowiekiem, bo musiałam o wielu rzeczach sama decydować. Przygotowałam się do matury i zdałam egzamin w 1939 roku, tuż przed samą wojną. Oczywiście pamiętam te czasy świetnie, tym bardziej, że był to dla mnie okres przełomowy – miałam iść na studia. Ale wtedy nie myślałam o medycynie. Tuż przed działaniami wojennymi złożyłam papiery do Wyższej Szkoły Dziennikarskiej. Byłam niezłą polonistką i tak sobie wtedy wymarzyłam. I kto wie, może tak też byłoby dobrze? Ale oczywiście te wszystkie moje plany upadły, bo wybuchła wojna. Ja już wtedy właściwie nie miałam domu, bo mieszkanie było służbowe i miasto pozwoliło mi tam przebywać tylko do matury. Zamieszkałam najpierw u jednych krewnych, ale na króciutko, bo oni nie bardzo mieli ochotę na to, żebym z nimi mieszkała, a potem u drugich – u ciotki. Była ze mną moja niania. Ciotka miała małe mieszkano w śródmieściu, tam mi było dobrze. Zaraz po zakończeniu działań wojennych zaczęłam pracować w konspiracji, od grudnia 1939 roku, zwerbowana przez moją nauczycielkę polskiego. Pamiętam, jak zadzwoniła do mnie, umówiłyśmy się na placu Zbawiciela. Tam na środku jest taki okrągły trawnik i naokoło ścieżka. To było 9 grudnia, padał lekki śnieżek – takie rzeczy się pamięta – i myśmy spacerowały naokoło. Chodziło o to, żeby ludzi nie było przy nas. I ona złożyła mi propozycję. Miała kontakty z późniejszym ZWZ-em, była związana od początku z tym środowiskiem. To się nazywało Służba Zwycięstwu Polski, potem się zmieniło w ZWZ. Ja oczywiście zgodziłam się bardzo chętnie, z całą radością. Człowiek młody uważa, że takie działanie to także w dużej mierze wielka przygoda, poza tym, że trzeba walczyć, coś robić, przeciwstawić się wrogowi.
– Czy myślała Pani wtedy, czym to grozi?
– Zupełnie nie. Przyjęłam to z wielkim entuzjazmem. Chodziłam wcześniej do gimnazjum i liceum im. Królowej Jadwigi, najlepszej wówczas szkoły w Warszawie. To była państwowa szkoła, ale niezwykłej jakości. Nasza dyrektorka była wielką miłośniczką Piłsudskiego i byłyśmy wychowywane w duchu patriotyzmu. To było bardzo naturalne, nikt nam niczego do głowy nie wkładał na siłę. Dla nas było naturalne trzeba bronić ojczyzny. Człowiek tak po prostu myślał, nikt tego nam nie narzucał, to wychodziło samo z siebie. Mówię to dlatego, że Pani pytała, czy się myślało, czym to grozi. Poza tym, jak się ma 18 lat, to się w ogóle nie myśli o zagrożeniu, przynajmniej myśmy wtedy nie myślały. Trzeba było przecież bronić kraju, trzeba było coś robić, trzeba było się jakoś dołożyć do tego. 
Kiedy spadła na nas klęska, to było straszne. Człowiek przecież nie myślał, że może być aż tak źle. Nie wyobrażałyśmy sobie tego w ten sposób. No ale stało się. Cały swój wolny czas – a miałam go od rana do wieczora – poświęcałam tej pracy. Byłam łączniczką, miałam punkt kontaktowy, chodziłam na różne spotkania z naszą „wierchówką” – ludźmi, którzy dowodzili w tej organizacji. Nosiło się za nimi dokumenty. Poza tym byłam w wywiadzie, to był wywiad wojskowy, tak zwana „dwójka”. Tam się przygotowywało raporty zagraniczne, z sytuacji kraju, z rozmieszczenia wojsk niemieckich. Ja dosyć dobrze rysowałam, więc pracowałam przy różnego rodzaju planach. Trzeba powiedzieć, że to było pasjonujące. Jeździłyśmy na wywiad w teren – zawsze się brało jakieś towarzystwo, jakiegoś chłopaka, że to się jedzie niby jako para, i się odnotowywało różne rzeczy. I tak całymi dniami właściwie, od rana do wieczora. Przychodziło się do domu, jak zbliżała się godzina policyjna. Tego się pilnowało, żeby się nie narażać. Ja jeszcze ściągnęłam do konspiracji moją przyjaciółkę, która żyje do dzisiaj, mieszka w Sopocie. Była jeszcze jedna koleżanka, ale potem odeszła, bo zaczęła naukę na tajnych kompletach w kierunku medycyny. Uznała, że to jest dla niej ważniejsze w życiu – dopiero po roku się oderwała, bo wtedy te komplety zaczęły się tworzyć.
Oczywiście człowiek znał tylko wycinek tego wszystkiego, trudno było objąć całość. Moją bezpośrednią szefową była ta nauczycielka. Ona potem zginęła w Oświęcimiu. Były chwile poważne, ale były też takie, które się dobrze wspomina – jakieś Boże Narodzenia, spotkania opłatkowe, kiedy się śpiewało pieśni patriotyczne, kiedy się mówiło o tym, co będzie, jakie plany na przyszłość. Wszyscy wierzyli, że to się musi skończyć pomyślnie dla nas, nikt się nie spodziewał, że to tyle lat potrwa. 
Jednym z naszych lokali był taki na Mokotowskiej przy rogu Hożej. Miałyśmy tam niby-komis. Była z nami starsza pani – ona miała pewnie ze 40 lat, ale dla nas to była już starsza osoba – i ona ten komis prowadziła. Stało tam pianino. A jedna z naszych koleżanek chodziła do konserwatorium muzycznego przed wojną i pięknie grała na tym pianinie. Mówię teraz o momencie, kiedy nas aresztowali. Byłyśmy wtedy we trzy w tym lokalu – ja, ta moja przyjaciółka i koleżanka grająca. Tego dnia, jak wchodziłam, to pomyślałam sobie: „No jak tyle czasu nic złego się nie zdarzyło, to już chyba się nie zdarzy.” A to był rok 1941, więc jeszcze mnóstwo lat tej wojny, ale nikt nie myślał, że to może trwać jeszcze tyle czasu. 
Ja im otworzyłam. Weszli do nas. A myśmy były w płaszczach, bo już miałyśmy wychodzić. Oni przyszli wcale nie do nas. Te mieszkania przedwojenne miały dwa wejścia – od kuchni i od frontu. Myśmy zajmowały duży pokój od frontu, a od kuchni ludowcy mieli swój lokal. Dwie organizacje w jednym lokalu, to był błąd straszny. U ludowców była broń, były różne biuletyny, cała drukarnia. I Niemcy przyszli do nich, bo mieli namiar konkretnie na nich, nie na nas. To nas zresztą chyba uratowało. Po dokumentach, które znaleźli u nas w lokalu, można się było przy odrobinie orientacji zorientować, że to jest wywiad. Ale później w więzieniu porozumiałyśmy się z ludowcami i ich szefowa powiedziała: „Wy zwalajcie wszystko na nas, bo na nas i tak był donos.” Także myśmy się wyłgały z tych dokumentów, które u nas leżały i już były przygotowane do wyniesienia. Powiedziałyśmy, że tu jest wszystko otwarte, że my nic nie wiemy, że każdy tu może wejść i położyć, co chce, że my się nie orientujemy. Udało nam się tak „na wariata” wyłgać. Drugim plusem w tej sytuacji było to, że nas nie zawieźli na Szucha, tylko na Pawiak, i wszystkich razem zamknęli do „przejściówki”, w związku z tym była możliwość jakiegoś uzgodnienia, porozumienia się. Okazało się, że to był dla nas szczęśliwy układ, bo tamto towarzystwo pojechało do Oświęcimia, tylko dwie kobiety pojechały z nami do Ravensbrück. Po wywiezieniu nas w tamtym lokalu Niemcy zrobili kocioł i jeszcze sporo ludowców tam złapali. Złożyło się jeszcze tak szczęśliwie, że w momencie, kiedy nas wyprowadzali, szła do nas koleżanka. Jak zobaczyła, co się dzieje, natychmiast pobiegła i dała znać, żeby tam już nikt nie przychodził. W ten sposób nikt z naszych nie został tam aresztowany. Także było trochę takich szczęśliwych zbiegów okoliczności. Przy nas wtedy właściwie nic nie znaleźli. Było jednak trochę emocji. Listy, które były do przenoszenia, były pisane na takich maleńkich bibułkach. Nie było oczywiście żadnych nazwisk ani adresów, ale była treść i na przykład imię pana takiego a takiego. A ponieważ my właśnie wychodziłyśmy, każda z nas miała te listy w kieszeni płaszcza. Oni się kręcili, biegali po całym mieszkaniu. W momencie, gdy na chwilę odwrócili od nas uwagę, ja zjadłam swoje bibułki. Moja przyjaciółka była bardzo przerażona, więc zabrałam jej listy i też zjadłam. Potem dopiero przyszli nas rewidować. Na szczęście do ust nam nie zaglądali. Moja przyjaciółka wspomina to do dzisiaj. W rocznicę naszego aresztowania pisze do mnie albo dzwoni i przypomina tę historię. 
Życie składa się z różnych okoliczności, szczęśliwych i nieszczęśliwych. Należy pamiętać o tych szczęśliwych, bo to zawsze dodaje człowiekowi energii, siły i chęci do życia. Trzeba wierzyć w szczęście i optymistycznie podchodzić do wszystkiego, co nas spotyka. Ja mogę dużo mówić o obozie, ale muszę przyznać, że nie należę do ludzi, którzy wyciągają z przeszłości jakieś okropieństwa. To mi przychodzi z trudem. Kiedy już wróciłam do Polski i zaczęłam studia, starałam się wyrzucić z siebie te najgorsze, dramatyczne sytuacje. Trudno powiedzieć, że takich nie było – były na pewno. Ale trzeba było to wszystko wyeliminować. Najlepiej pamiętam te wzruszające momenty ludzkiej solidarności, sympatii, koleżeństwa. To mi utkwiło najbardziej w głowie i takie rzeczy pamiętam. Bo przecież nie ma takiej sytuacji w życiu, żeby ludzie nie okazali sobie serca, nawet w ekstremalnych warunkach. Wtedy właśnie to się ceni i najbardziej pamięta, to jest naprawdę duża rzecz. Stwierdzam, że mogłam zaobserwować i doznałam osobiście bardzo dużo ludzkiego serca. To trzeba pamiętać, trzeba myśleć pozytywnie.

– Z tego aresztowania na Mokotowskiej wywieziono Panią do obozu?
– Tak. Pół roku byłyśmy na Pawiaku, dwa razy brali nas do Gestapo na przesłuchanie. Ja wyglądałam szalenie młodo, jak dziewczynka, i udawałam tam „pierwszą naiwną”. Mówiłam, że ja przyszłam tam do koleżanki, która mnie uczyła grać na pianinie, że to przez przypadek…Takie „dyrdymały” opowiadałam. I nie doznałam szczególnych represji. Poza tym oni jeszcze w tym czasie rzadziej stosowali jakieś tortury czy bicia, to jeszcze nie był ten okres. Potem dopiero wykształcili się w tym kierunku i działy się tam różne okropne rzeczy. Myślę, że to zależało też od człowieka, na którego się trafiło. Mnie się udało. Miałam nawet taka sytuację, że Niemiec pokazał mi listę, którą oni mieli sporządzoną, i pytał mnie, czy znam którąś z tych osób. Kilka znałam, ale udałam głupią. Zapamiętałam sobie listę tych znajomych nazwisk i przez strażniczki, którymi były Polki (pomagały więźniom – wynosiły grypsy, przemycały żywność, narażały się, potem zresztą prawie wszystkie siedziały), dałam znać, żeby te osoby się gdzieś pochowały. Po pół roku, we wrześniu, wywieźli nas w bardzo dużym transporcie. To był szczególny transport, bo składał się z osób z wyrokami, głównie z wyrokami śmierci albo izolacji. Jednocześnie z naszym do obozu przyjechały transporty z Lublina i z Krakowa. Jeżeli chodzi o Lublin, to tam z kolei była cała grupa przeznaczona na operacje doświadczalne. Te operacje były wykonywane głównie na młodych dziewczętach właśnie z Lublina. Z Warszawy tylko cztery osoby były operowane. 

– Jak długo przebywała Pani w obozie?
– Byłam tam do kwietnia 1945 roku, dokładnie do końca kwietnia. 1 maja przyszli Rosjanie. My już nie byłyśmy w samym obozie, tylko pod obozem. Ja znalazłam się w grupie osób, które postanowiły do końca nie wychodzić. Te marsze więźniów były okropne, nazywane zresztą „marszami śmierci” – tysiące osób z różnych obozów gnały na zachód szosami, gdzie był nieustanny ostrzał z powietrza. Mnóstwo osób wtedy zginęło. A myśmy zostały. Jeszcze inna część osób wyjechała do Szwecji – to była cała duża akcja hrabiego Bernadotte, który już w kwietniu załatwił z Niemcami sprawę wyjazdu więźniów do Szwecji. Pierwsze sanitarki przyjechały już na początku kwietnia. Myśmy nie wiedziały, o co chodzi, nikt nie wierzył, że to jest akcja charytatywna, bo w tym czasie wywożenie autobusami było dla wszystkich podejrzane. Potem się okazało, że to jednak jest w porządku. Wyjeżdżały głównie osoby z ostatnich transportów, z powstania, osoby starsze, chore. Myśmy uważały, że jesteśmy doświadczone więźniarki, że umiemy się w tym obozie poruszać i wobec tego zostałyśmy do samego końca. Wyszłyśmy z obozu 28 kwietnia 1945 roku, razem z „generalicją”, która w popłochu uciekała. Niemcy wiedzieli, że Sowieci są blisko, front się zbliżał bardzo szybko. Następnego dnia po wyjściu z obozu wszyscy uciekli, zostawili nas same na drodze. Potem przyszli Rosjanie, ale to już inna bajka. 

– Jakie było Pani pierwsze wrażenie po przyjeździe do obozu?
– My dostałyśmy się do Ravensbrück, kiedy był to jeszcze nieduży obóz. Obóz ten powstał na rok przed wojną dla Niemek, dla opozycjonistów Hitlera. 
Jak już powiedziałam na początku, ja nie lubię roztrząsać tego, jak to było okropnie w obozie. Ludzie umierali, oczywiście, zwłaszcza w późniejszym okresie, jak przychodziły transporty wymęczonych więźniów z innych obozów. Z naszego transportu z Warszawy kilkadziesiąt osób zostało w ciągu tych paru lat rozstrzelanych. Z ludowców, z którymi nas aresztowali, 2 panie zostały zabite dwa lat po przyjeździe do obozu. Niemcy mieli taki zwyczaj, że nie rozstrzeliwali od razu wszystkich, którzy przyjechali z wyrokami, tylko co jakiś czas po parę osób. Człowiek nie wiedział, co go spotka danego dnia. Te, które miały być zabite, zostawały wywoływane i zabierane do przodu, do tzw. „urzędu”. Po apelu wieczornym było słychać strzały – wiadomo było, że tam odbywały się egzekucje. Człowiek myślał: „Dziś ona, może zaraz ja.” Nikt nie wiedział, czy coś go czeka i kiedy. Ale ja nie pamiętam żadnego takiego dramatycznego odczucia, że oto życie się kończy. Zdecydowałam się przecież sama na taką pracę, musiałam się więc liczyć z konsekwencjami. Moja koleżanka powiedziała kiedyś do mnie: „Może ja wielu rzeczy nie umiem, ale jedno, co umiem na pewno, to umrzeć za ojczyznę”. Pompatycznie może, ale szczerze to powiedziała. Następnego dnia ją zabrali. 

– Jaki wpływ na Pani późniejsze życie miały te wszystkie wojenne, obozowe doświadczenia?
– Myślę, że dały siłę, uświadomiły, że można sobie dać radę w każdych, nawet najgorszych okolicznościach. Nie na każdego wojna tak podziałała, na pewno. Byli ludzie, którzy się w obozie załamali i po powrocie albo umarli, albo byli w tak złym stanie psychicznym, że już się praktycznie nie nadawali do życia. Ale ja znam całe grono osób, które znakomicie dały sobie w życiu radę. Jest w człowieku takie poczucie, że jak przeżył coś takiego, to już nie ma dla niego trudnych rzeczy. Obóz nauczył mnie poza tym dużej wyrozumiałości dla ludzi, tolerancji wobec ludzkich słabości, odchyleń, dziwactw. Myślę, że dzięki temu łatwiej mi było pracować z moimi pacjentami. Wiem, że trzeba słuchać ludzi. Ja pracuję teraz z kombatantami w przychodni dla żołnierzy AK i mam do czynienia z ludźmi, którzy wojnę przeżyli bardzo czynnie. Oni mają wielką potrzebą opowiedzenia choćby skrawka swojego życia. I takim ludziom nie można powiedzieć, że się nie ma czasu. Trzeba pozwolić się im wygadać. W ten sposób można samemu wiele zyskać i równocześnie pomóc innym. Wojna nauczyła mnie także tego, że nie ma rzeczy niemożliwych, że jak się czegoś naprawdę chce, to wszystko można zrobić. 

– Czy uważa Pani swoje życie za spełnione?
– Moje życie było bardzo długie i ciekawe. Dla mnie najgorszą rzeczą na świecie jest nuda. Ja nigdy w życiu się nie nudziłam. Moje życie jest spełnione, bo bardzo lubię swój zawód. Pracuję po to, żeby pomagać ludziom, mieć z nimi kontakt. Medycynę wybrałam jeszcze podczas pobytu w obozie, kiedy na co dzień widziałam ludzkie cierpienie. Uznałam w pewnym momencie, że to będzie dobry kierunek. Poza tym mam wspaniałe wnuki. Przykro, że moja córka zmarła, ale cóż – tak musiało być. 

– Co Pani sądzi o ludziach młodych, szczególnie o ich stosunku do osób starszych?
– Jestem szalenie tolerancyjna. Świetnie się czuję w towarzystwie młodych ludzi. Najlepiej się z nimi rozumiem i dogaduję. Bardzo lubię młodych ludzi. Oczywiście są osoby, które na przykład nie ustępują w autobusie miejsca starszym. Ale to jest kwestia wychowania domowego. Bardzo ważny jest stosunek rodziców do tych spraw i w ogóle do życia, nie taki komercyjny. Jakieś wartości trzeba przecież mieć, trzeba coś cenić, kochać, żeby życie nie było ubogie. Pieniądz jest bardzo ważny, ale jeśli nie ma nic poza tym, życie staje się smutne i bezbarwne.
– Bardzo celna puenta. Dziękujemy Pani za rozmowę.

Zdjęcie Monika Bajkowska