Tykocińskie więźniarki w Ravensbrück

TAK BARDZO PRAGNĘŁYŚMY ŻYĆ…”

Chlebem z sobą się połamiem, choć daleko kraj i matka.

Chlebem z sobą się połamiem, boć nie mamy tu opłatka.

Chleb na polskiej wyrósł ziemi, wiatr go w polu wykołysał,

Nim więziennym stał się chlebem, polską mowę w koło słyszał.”

Te słowa wypowiadały, głośno szlochając, więźniarki obozu koncentracyjnego w Wigilię 1944 roku, gdy dzieliły się chlebem zaoszczędzonym z głodowych porcji, by w ten sposób zachować własną godność, której pozbawiali każdego dnia hitlerowscy oprawcy. Tykocińskie więźniarki zapamiętały je na całe życie. Żeby przeżyć kilka wzniosłych i radosnych chwil, wykazały się wielką odwagą i siłą duchową, wynikającą z polskiej narodowej tradycji i wiary polegającej na ufności Bogu oraz głębokiej miłości do ojczyzny.

Przed końcem niemieckiej okupacji Tykocina, po zagładzie żydowskiej społeczności w 1941 r. i licznych zsyłkach na Syberię, nastąpił ostatni etap eksterminacji polskiej ludności. W ramach represji po zamachu na niemieckiego oficera dokonanego przez Armię Krajową, Niemcy aresztowali i wywieźli do obozów koncentracyjnych z Białostocczyzny ok. 1500 osób. 27 maja 1944 r. spokój majowego poranka zakłócił hałas samochodów wojskowych i odgłosy karabinów maszynowych żandarmerii niemieckiej, która otoczyła miejscowość ze wszystkich stron. Tego dnia ok godziny czwartej rano, żołnierze z jednostki SS stacjonującej w Białymstoku, wraz z żandarmerią z miejscowego posterunku wypędzili z domów całe rodziny i skierowali na Plac Stefana Czarnieckiego pod pretekstem sprawdzenia dokumentów. Wkrótce podjechały 3 pierwsze samochody ciężarowe i zaczęto na nie ładować niewinnych ludzi. Początkowo Niemcy odsyłali do domów kobiety z niemowlętami i małymi dziećmi, ale wkrótce uznali, iż należy aresztować wszystkich zgromadzonych. Wtedy kobietom wyrywali brutalnie z objęć niemowlęta i odrzucali na ziemię, a je wpychali siłą do samochodów, co spowodowało ogromną panikę. Co kilka godzin powtarzał się ten koszmarny spektakl. Kwitnące białe bzy dodawały miastu uroku, a jednocześnie wzbudzały głęboki żal w sercach ludzi, którzy w napięciu i niepewności odjeżdżali w nieznane. Dla tych osób te piękne kwiaty stały się symbolem tragedii, a ich widok zawsze wywierał na nich wstrząsające wrażenia. Ostatni transport odjechał przed wieczorem. W opustoszałym mieście pozostali tylko starsi ludzie i małe dzieci.

Aresztowanych tykocinian, ok. 400 osób przetrzymano przez 2 dni w więzieniu w Białymstoku, a następnie pociągami towarowymi wywieziono do obozów koncentracyjnych. Mężczyźni znaleźli się najpierw w Gross-Rosen, a następnie rozproszeni zostali do wszystkich znanych obozów: Mauthausen, Dachau, Sachsenhausen, Mittelbau-Dora, Bergen-Belsen, Buchenwald i innych. Kobiety natomiast trafiły do Ravensbrück. Z około 200 tykocińskich kobiet, część została przewieziona do Sachsenhausen, Neuengamme i Bergen Belsen oraz ich podobozów.

Relacje byłych więźniarek Ravensbrück są wstrząsające. Alicja Bonusiewicz przebywała tam prawie rok i ze zgrozą wspominała:. „… po kilkudniowej podróży towarowymi pociągami, bez jedzenia i picia, wyładowano nas w Fürstenbergu w Niemczech. Esesmanki w czarnych pelerynach z pejczami i psami, bijąc i wyzywając, pędziły nas do obozu. W Ravensbück ubrano nas w pasiaki, otrzymałyśmy drewniaki, a nasze głowy ogolono do gołej skóry. Spoglądając na siebie płakałyśmy, jak małe dzieci. Numer obozowy 40634 zastąpił moje nazwisko. Jako 18-letnia dziewczyna, upokorzona po „badaniu ginekologicznym”, które pozostawiło na zawsze uraz psychiczny, zostałam skierowana do bloku nr 27. Po „kwarantannie” rozdzielono mnie z rodziną. Moją siostrę (lat 16) wysłano do pracy do Grüneberg, a matkę do obozu Bergen-Belsen . Poczułam się bardzo osamotniona. Przez kilka miesięcy pracowałam w szwalni, a następnie zostałam przeniesiona do wyładowywania statków-berlinek. Przy tej ciężkiej pracy poganiano nas i bito niemiłosiernie. Na chwiejnych pomostach miotałyśmy się z taczkami napełnionymi koksem lub brykietem, który następnie lorami woziłyśmy do obozowej kuchni. Niekiedy więźniarki tracąc równowagę, wpadały do wody. W bloku Nr 27 były powybijane szyby w oknach, a na nasze koje, na których spało pięć kobiet, padał deszcz lub śnieg. Dwa koce nie ogrzewały naszych zziębniętych ciał. Gdy syreny lagrowe grały pobudkę na apel, nie jedna z tych kobiet nie podniosła się już więcej. Zesztywniałe zwłoki wyciągano za nogi na zewnątrz bloku i po każdej prawie nocy, sterty trupów leżały pod barakami. Plagą w obozie były pluskwy i wszy, które gromadziły się w naszych pasiakach oraz rozprzestrzeniający się świerzb. Co pewien czas odbywały się w Ravensbrück tzw. Sortierungen, czyli selekcjonowanie więźniarek chorych, starych, wyniszczonych, niezdolnych do pracy i wysyłanie ich do komór gazowych. Krematoria dymiły dzień i noc. Slupy ognia strzelały na ogromną wysokość, a po obozie roznosił się swąd palonych ciał. Pamiętam, że w kwietniu 1945 r. Niemcy zdemolowali komorę gazową, by zatrzeć ślady dopiero co dokonywanych zbrodni…”

Janina Gołdyn: „… W Ravensbrück otrzymałam nr 40703 i zakwaterowano mnie w baraku nr 23. Ubrane byłyśmy w sukienki w pasy z czerwonym znakiem, co oznaczało, że jesteśmy więźniarkami politycznymi. Przez okres „kwarantanny” przechodziłam rożne badania lekarskie. Wyrwano mi kilkanaście zdrowych zębów, po którym to zabiegu byłam wyczerpana do tego stopnia, że na apelach podtrzymywały mnie współwięźniarki, bo inaczej zostałabym skierowana do krematorium. Byłam często polewana wodą i bita przez blokową. Otrzymałam także bolesne zastrzyki, ale nie dowiedziałam się nigdy w jakim celu. W tych koszmarnych warunkach nie wszystkie kobiety załamywały się. Niektóre organizowały pomoc słabym oraz sabotaże. Po ośmiu tygodniach zostałam przewieziona do Grüneberg i zatrudniona w fabryce amunicji. Tam wymierzano nam zbiorowe kary: pozbawienie porcji chleba, a zimową porą polewanie całych grup kobiet lodowatą wodą z hydrantów. W kwietniu 1945 r. z powrotem wróciłam do Ravensbrück do bloku nr 29, a na drugi dzień skierowano do bloku nr 8, zwanego karnym, z którego szło się tylko do komór gazowych. Na terenie obozu panował okropny widok: ogromne kolejki oczekujące do krematorium, stosy nieczystości, przykre zapachy, wokół baraków stały beczki, prawdopodobnie z benzyną… Pod koniec kwietnia wypędzono nas przez bramę poza teren obozu. Tam ujrzeliśmy mężczyzn z opaskami Czerwonego Krzyża. Zrozumiałyśmy, że zostałyśmy uratowane…”.

Marianna Lewonowska; „… w Ravensbrück należało zapomnieć o swoich rodzicach, mężach i rodzeństwie. Musiałyśmy zaakceptować obozowe warunki, chociaż były nie do zniesienia, egoistycznie zająć się tylko sobą, by wytrwać jak najdłużej. Po miesiącu, ok. 40 kobiet, także mnie skierowano do fabryki amunicji w Grüneberg, gdzie bardzo ciężko pracowałyśmy. Gdy nie potrafiłyśmy czegoś dobrze wykonać, bito nas. Często władze obozowe znęcały się nad więźniarkami z niewyjaśnionych powodów. Pamiętam, że w styczniu 1945 r. nasza koleżanka z Tykocina Stanisława Rakowicz urodziła syna, co spowodowało ogromne poruszenie w fabryce. Byłyśmy zaniepokojone tym niezwykłym wydarzeniem i martwiłyśmy się o los kobiety i dziecka. Na szczęście odesłano ją do prac porządkowych na terenie bloków i pozwolono jej mieszkać z dzieckiem. Okazało się, że nasze auzjerki i blokowe nie były tak okrutne, jak inne, posiadały jeszcze jakieś cechy człowieczeństwa. Pomagały jej nawet w zdobywaniu większych porcji żywności i interesowały się niemowlęciem, dzięki czemu chłopiec przeżył, a następnie zostali uratowani przez Szwedzki Czerwony Krzyż. Ze Szwecji wróciłam w końcu listopada 1945 r. Ta kilkumiesięczna rekonwalescencja pozwoliła nam odzyskać siły, dojść do siebie w jakimś stopniu fizycznie i psychicznie. Gdy dotarłam do rodzinnego domu, zastałam w nim mamę z bratem Romualdem, któremu udało się przeżyć Gross-Rosen, Sachsenhausen i Bergen-Belsen. Niestety, nie przywitałam się z ojcem, który z obozu nie powrócił. Przez chwilę miałam przed oczyma obraz dworca w Prostkach i mego ojca, który przechodząc obok wagonu, smutnym wzrokiem patrzył na mnie, a ja jakby intuicyjnie pomachałam do niego ręką… na pożegnanie’.

Chociaż był to świat, z którego nie było powrotu, po wielu latach na tym placu w pobliżu krematorium mogli stanąć byli świadkowie i ofiary tych strasznych zbrodni dokonywanych przez hitlerowców. Przyjechali tam, by schylić czoło przed tą niezwykłą ziemią przesiąkniętą przelaną krwią i usianą prochami niezliczonych ofiar. Podczas obchodów 50. rocznicy wyzwolenia Ravensbruck, byłe więźniarki tykocińskie: Alicja Bonusiewicz, Marianna Tomkowicz i Weronika Ablamowicz zdecydowały się odwiedzić obóz, gdzie pół wieku wcześniej przeżyły koszmarny pobyt. Stojąc w tym miejscu miały przed oczyma baraki, wysoki mur, plac apelowy, a na nim wychudłe postacie ludzkie. Odżyły wspomnienia ciężkiej pracy i zadawanych tortur i jeszcze bardziej uświadomiły sobie, co oznaczała przemoc faszyzmu, bez zahamowania gnębiąca człowieka. Wtedy nie przypuszczały, że kiedykolwiek tutaj wrócą. Powróciły, ale nie jako ofiary, lecz bohaterki, którym udało się przeżyć piekło obozowe. Były dumne z tego, że doświadczyły mocy wolności, która zatriumfowała nad terrorem i strachem przed śmiercią. W tym miejscu stanął także, po 60 latach Janusz Rakowicz urodzony w obozie. Powstało wiele pytań, ale żeby mógł na nie odpowiedzieć, musiał przeżyć od nowa to, co się wydarzyło. Zdał sobie sprawę, ile miał szczęścia, że pozostał przy życiu, a szczególnie zrozumiał to, gdy przeglądał księgę urodzonych w Ravensbruck, w której widniały liczne skreślone nazwiska.

Każda opowiedziana historia jest ciekawa i bardzo wzruszająca. Ukształtowała dalsze życie byłych więźniów, ale nie wszystkim los dał szansę przeżycia. Z perspektywy lat, te mgliste już wspomnienia świadków historii są bardzo cenne, szczególnie w momencie, gdy liczba ofiar niemieckich zbrodni zmniejsza się z roku na rok. Darzymy ogromnym szacunkiem wszystkich bohaterów wojennych i czujemy się zobowiązani do zachowania pamięci o dramatycznym okresie II wojny światowej oraz przekazania jej młodemu pokoleniu.

W ramach projektu „Pokolenia złączone pamięcią” realizowanego przez Muzeum w Tykocinie, młodzież z Zespołu Szkół w Tykocinie już po raz trzeci odwiedziła miejsca podeptania człowieczeństwa – dawne obozy koncentracyjne: Ravensbrück, Sachsenhausen i Gross-Rosen, uczestnicząc w zorganizowanych wycieczkach - pielgrzymkach. W 70. Rocznicę wywózki wzięły udział trzy pokolenia – dzieci, wnukowie i prawnukowie byłych więźniów, którzy poznali miejsca cierpienia i śmierci swoich przodków, znane dotąd jedynie z ich opowiadań. Następny wyjazd edukacyjny był tylko dla młodzieży szkolnej, a w maju tego roku uczniowie ze sztandarem tykocińskiej szkoły uczestniczyli w Uroczystości odsłonięcia kamiennej tablicy upamiętniającej zamordowanych tykocińskich mężczyzn w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, która odbywała się pod Honorowym Patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzeja Dudy. To było ważne i symboliczne wydarzenie, ponieważ tam w kamieniołomach, ze stu osób, przeżyło tylko trzech. Umarli z wycieńczenia spowodowanego nieludzkim tempem pracy, z powodu chorób i głodu, a niektórzy więźniowie sami zadecydowali o skróceniu własnego cierpienia.

O rozmiarze tykocińskiej tragedii mówią liczby. W obozach zginęła prawie połowa aresztowanych, w tym 70 % mężczyzn i 20 % kobiet, a z 70 wywiezionych małżeństw wróciło jedynie 18. Tykocin jest tylko przykładowym miastem doświadczonym wojennymi tragediami. Czy dramatyczny obraz tej miejscowości po 27 maja 1944 r. powinien być zapomniany? Czy należy wymazać z pamięci przyszłych pokoleń wyludnione ulice i domy oraz starych ludzi i małe dzieci ukrywające się na polach i w lasach, masowe zgony niemowląt, a przede wszystkim niewyobrażalne cierpienia więźniów w obozach koncentracyjnych, pozbawienie ich praw ludzkich i godności przez hitlerowców, co pozostawiło trwały ślad w ich psychice na zawsze? Z każdej prawie tykocińskiej rodziny ktoś zginął w obozie, a prochy zamordowanych rozwiane zostały z kominów krematoryjnych na obcej ziemi. Czy jesteśmy dzisiaj w stanie zrozumieć te cierpienia?

Ta trauma trwa do chwili obecnej w następnych pokoleniach i to od nas będzie zależało, czy ta pamięć przetrwa i stworzy pomost pomiędzy pokoleniem wojennym i przyszłymi, które będą po nas przychodziły. Wspólnie staramy się dbać o zachowanie wartości, które składają się na naszą narodową tożsamość.

Marzena Pisarska-Kalisty