Matki i dzieci wywiezione po Powstaniu Warszawskim

Matki i dzieci wywiezione po Powstaniu Warszawskim do KL Ravensbrück na przykładzie losów Marii Justyny Wasilew i jej córki Marii Eligii Wasilew.

Od sierpnia 1944 roku rozpoczął się masowy napływ więźniarek z innych obozów i więzień oraz kobiet z Powstania Warszawskiego do KL Ravensbrück. W okresie od sierpnia do października 1944 roku z powstańczej Warszawy deportowano do obozu ok. 12 000 kobiet i dziewcząt, a większość z nich skierowano niedługo potem do któregoś z podobozów. Mieszkańcy Warszawy i okolicznych miejscowości wypędzani z domów w czasie oraz po upadku Powstania Warszawskiego kierowani byli do obozu przejściowego Dulag 121 (Durchgangslager 121) w Pruszkowie i dopiero stamtąd wywożono ich transportami na roboty przymusowe do III Rzeszy lub do obozów koncentracyjnych, a osoby niezdolne do pracy wysiedlono na tereny Generalnego Gubernatorstwa i pozostawiono bez jakichkolwiek środków do życia.

W grupie wypędzonych mieszkańców Warszawy, którzy w czasie trwania Powstania przeszli pierw przez obóz Dulag 121, a następnie zostali zesłani do KL Ravensbrück były Maria Justyna Wasilew oraz jej córka Maria Eligia Wasilew.

Maria Justyna Wasilew urodziła się 30 września 1902 r. w Warszawie. W czasie drugiej wojny światowej brała udział w obronie Warszawy jako sanitariuszka w Szpitalu Ujazdowskim. Następnie w czasie okupacji zaangażowała się w pracę konspiracyjną jako kolporterka na terenie Warszawy. Nosiła wówczas pseudonim „Maryla”. Jej córka Maria Eligia Wasilew urodzona 21 maja 1926 r. w Krakowie miała 18 lat, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie. Obie zostały zabrane po kapitulacji Starówki.

Według opowiadań córki Marii Eligii a zarazem wnuczki Marii Justyny – pani Anny Wirkus, mama i babcia przed wojną mieszkały na Mokotowie przy ulicy Fałata w willi, naprzeciwko willi Kiepury, jak mi zwykle opowiadała babcia. W momencie, kiedy do Warszawy wkroczyli Niemcy, zaczęli te piękne wille zajmować na swoje kwatery, w związku z tym mieszkańcy powinni byli znaleźć sobie inne lokum. I w związku z tym babcia z mamą przeniosły się, nie wiem czy jakaś rodzina tam mieszkała, czy znalazły wolne mieszkanie, na ulicę Mławską, której już nie ma. Leżała obecnie naprzeciwko ambasady chińskiej. Nie pamiętam numeru, pod którym mieszkały. W każdym razie taki paradoks tutaj powstał, że uciekły tam, gdzie uciekać nie należało, w momencie kiedy później wybuchło Powstanie. I całe Powstanie znajdowały się tam w mieszkaniu na Mławskiej, naprzeciwko toczyły się walki w pałacu Krasińskich, gdzie m.in. walczył „Zośka” i „Parasol” i w szeregach tych dwóch formacji harcerskich należących do AK w czasie Powstania Warszawskiego walczył syn znajomej mojej babci Marii Kwiklińskiej, która później mieszkała we Włocławku, być może z Włocławka pochodziła, nie pamiętam. Żołnierz ten nazywał się Andrzej Kwikliński ps. „ Bruzda”. Ponieważ babcię znał bo była zaprzyjaźniona z jego matką, przyprowadzał powstańców do mieszkania babci na ul. Mławską i tam myli się, spali, byli karmieni, odpoczywali. W momencie, kiedy już nastąpiły zmasowane ataki na starówkę i trudno się było bronić w tym ogniu walk, przyszli jeszcze do babci w ostatnią noc przed tym, kiedy to pałac Krasińskich legł w gruzach (…) i poległ tam, m.in. Andrzej Kwikliński.

Pani Anna Wirkus opowiedziała też historię, że pewnego dnia podczas Powstania, kiedy przyszli do mieszkania jej babci powstańcy, aby coś zjeść i umyć się, zaproponowali jej, że chętnie zniosą fortepian do piwnicy. Babcia się śmiała oczywiście i powiedziała, że wszystko tutaj wokół ginie, gdzie my tutaj będziemy myśleć o fortepianie, ratujcie siebie. Wkrótce padła Starówka i żołnierze przechodzili kanałami do Śródmieścia. Ponieważ namawiali ludność cywilną, żeby przeszła kanałami razem z nimi i namawiali również babcię z mamą. Mama nie bardzo chciała wejść. Babcia była gotowa, mama stała i płakała. Miała wtedy osiemnaście lat, w żaden sposób nie chciała się zgodzić na zejście do kanałów i nie zeszła. Siedziały dalej w piwnicy i z tych piwnic zostały wygarnięte przez Niemców i poprowadzone ze wszystkimi cywilami, którzy ocaleli na starówce do Pruszkowa.


Do obozu przejściowego zostały przeprowadzone pieszo i przebywały tam ok. 2-3 dni. Niestety nie zachowały się żadne wspomnienia związane z pobytem owych więźniarek w obozie w Pruszkowie. Stamtąd trafiły do KL Ravensbruck 4 września 1944 r. Pani Maria Justyna otrzymała tam numer 64075, zaś jej córka Maria Eligia 64076. W KL Ravensbrück nie przebywały długo. Dokumenty potwierdzają, że przebywały tam do końca września 1944 r. Pierw przeszły tzw. kwarantannę, która wg spisanych wspomnień autorstwa Marii Justyny trwała 3 tygodnie. W obozie matka i córka pracowały ponad siły w ogrodach, a następnie przy niwelowaniu terenu obozu. Wg wspomnień Marii Justyny dokładnie 23 września 1944 r. wyczytano mój numer z kilkuset innymi Polkami z Warszawy. Do przeglądu lekarskiego, odbywającego się na placu apelowym, kazano nam zdjąć całą odzież. Po przeglądzie skierowano nas do pociągu i powieziono w nieznane. Przejeżdżałyśmy przez Magdeburg. Potem jeszcze jakiś czas jechałyśmy i zatrzymano na nas na jakiejś stacji. Zauważyłam, że była to miejscowość Beendorf. Po ustawieniu w kolumnę poprowadzono nas do obozu.

W komandzie Beendorf, który był filią KL Neuengamme przebywały razem od końca września 1944 r. do kwietnia 1945 r. Pracowały tam w fabryce „Askania”, która produkowała części do samolotów. Fabryka mieściła się w byłej kopalni soli. Jak pisze dalej w swoich wspomnieniach Maria Justyna: Tu już nie przechodziłyśmy kwarantanny, ale nazajutrz poszłyśmy do pracy. Odprowadzali nas SS-mani, obóz znajdował się około 3-4 km od fabryki (…) W halach wykutych w solnych ścianach były urządzone hale fabryczne, stały maszyny, światło było elektryczne. Dostałam pracę przy maszynie, chyba obrabiarce, ponieważ z drutu żelaznego, czy aluminiowego wyrabiałam jakieś śrubki, precyzyjne kuleczki jak paciorki. Najcięższą pracą było robić śrubki z gwintami z żelaza, ponieważ gwint trzeba było tak wykonywać, że maszyna była w ruchu, a nóż, który wyrabiał gwint trzeba było mocno przytrzymywać rękoma, to nie była praca dla kobiet, zwłaszcza tak nędznie odżywianych. Praca trwała 12 godzin na dobę i wykonywałam ją stojąc.

Córka i wnuczka - pani Anna Wirkus opowiedziała nie tylko o skrajnie trudnych warunkach obozowych, z którymi musiały się zmierzyć jej babcia i mama, ale też wspomniała o tzw. małym sabotażu, który polegał na wykonywaniu wadliwych części: Pokazywały im starsze więźniarki, w jaki sposób prowadzić świder, czy jak dolewać to mleczko, które zwilżało metal, żeby część wyprodukowana była wadliwa i w ten sposób przyczyniały się jakoś do klęski III Rzeszy, takimi drobnymi aktami oporu.

Z kolei Maria Eligia w swoich wspomnieniach opublikowanych w 1966 r. w publikacji zbiorowej zatytułowanej „Za pięć dwunasta” pod redakcją Aleksandra Kozłowskiego dość szczegółowo opisując swój pobyt w Beendorfie wspomniała karę, a w zasadzie lekcję, którą na zawsze zapamiętała: Któregoś dnia, gdy wracałyśmy z fabryki, zatrzymano nas przed blokiem nie puszczając do sypialni. Okazało się, że w ubikacji znaleziono sukienkę z czerwonym winklem i literą „P”, czyli sukienkę Polki. Za karę miałyśmy stać całą noc na dworze bez kolacji. Na dodatek odliczono z szeregu co dziesiątą – miały dostać po 25 batów. Stałyśmy z mamą obok siebie, blokowa liczyła i wybierała z szeregu nieszczęśliwe. Mama była gotowa iść, gdyby wypadło na mnie. Blokowa (…) nas minęła. Przy stoliku, na którym ofiary miały być katowane, stały dwie esesmanki z zawiniętymi rękawami i batami w ręku. Rozpoczęła się egzekucja. Kobiety znosiły ją dzielnie, a esesmanki męcząc się, zmieniały się kolejno. Zaciskałyśmy z bólu ręce, cierpiąc razem z katowanymi. Potem pozostawiono nas na dworze aż do rana i głodne poszłyśmy do fabryki.

Następnie w końcu kwietnia 1945 r., zostały przewiezione do Sasel w pobliżu Hamburga. Jak wspomina Maria Justyna: Kazano nam szybko likwidować obóz. Otwarto magazyn odzieżowy, wyniesiono to wszystko na podwórze, wtedy więźniarki dosłownie rozgrabiły czystą odzież. Muszę dodać, że w ciągu ośmiu miesięcy pobytu w Beendorfie nie zmieniono nam w ogóle ani bielizny, ani sukienek, a myłyśmy się tylko kilka razy, bo nie pozwalano nam. Wydano nam w szybkim tempie chleb i wyprowadzono z obozu. Na bocznicy czekał na nas pociąg, załadowano nas i ruszyłyśmy w transport.

Sasel była to miejscowość pod Hamburgiem, który był wtedy bombardowany. Więźniarki wykorzystywane były tam do budowania baraków przejściowych dla ludności cywilnej uciekającej z Hamburga. Pisały i mówiły obie, że nosiły wielkie ramy metalowe do tych baraków, której wycieńczone nie były w stanie nieść nawet we dwie. Po wyzwoleniu obozów ważyły tylko po 37 kilo.

W kwietniu 1945 roku, dzięki osobistemu zaangażowaniu hrabiego Folke Bernadotte’a, zostało wyratowanych przez Szwedzki Czerwony Krzyż około 4 tysięcy Polek, Francuzek oraz więźniarek innych narodowości. Dzięki temu uniknęły one tragicznego losu, jaki był udziałem pozostałych w obozie kobiet. Jak wspomina pani Anna Wirkus: mama z babcią znalazły się szczęśliwie w grupie, którą ta wymiana objęła i zupełnie przestraszone, zdziwione, wstrząśnięte i zszokowane tym, że nie robi im się nic złego tylko wsadza do czystych wagonów ze słomą i daje na drogę kawałek margaryny i pajdę chleba, nie mogąc uwierzyć własnemu szczęściu jechały w tych wagonach bardziej być może wstrząśnięte, kiedy je zabierano do obozów. Jak przyjechały do Szwecji były zaskoczone wielką życzliwością Szwedów i zrozumieniem. (…) Opowiadały bardzo charakterystyczną, ciekawą historyjkę jak pociąg z promu zjechał i stanął na peronie (na terenie Szwecji), zjawił się piekarz z wózkiem, który rozwoził pieczywo i na jego widok więźniarki wyskoczyły z wagonu i zaczęły mu te pieczywo rozdrapywać. On odsunął się i pozwolił im to wszystko zabrać. Babcia chwyciła bułkę pod pachę, taką długą bułkę i w momencie, kiedy doszła do wagonu miała już tylko to co pod pachą. Oba wystające końce zostały przez inne więźniarki urwane.

Maria Justyna i Maria Eligia były w Szwecji ok. 1 rok, a później zdecydowały się na powrót do Polski. Warto tez dodać, że przez cały pobyt w obozach, poczynając od obozu przejściowego w Pruszkowie, aż po koniec wojny i pobyt w Szwecji Maria Justyna i Maria Eligia nigdy nie zostały rozdzielone, zawsze były razem, co było niewątpliwie ewenementem.

Jak wspominała w rozmowie pani Anna Wirkus: babcia z mamą nigdy nie dążyły do gromadzenia różnych rzeczy, straciwszy to wszystko. Nigdy nie gromadziły niczego. Takie było gospodarowanie, że wszystko było, co trzeba, czy w kuchni, czy w pokoju, domu, ale nigdy nie było robienia zapasów, w przeciwieństwie do wielu więźniów obozów którzy właśnie robili te zapasy. Nie było przywiązania do rzeczy, czyli kupowania, gromadzenia. Tu było podejście, że wszystko można w jednej chwili stracić, w związku z tym nie zabiegamy o to. Na pewno pomagało im to psychicznie. Babcia znakomicie pozbyła się tej obozowej traumy, była bardzo dzielną kobietą z poczuciem humoru, wesołą, tak jakby to na niej nie ciążyło, natomiast mamie zdecydowanie ciążyło, usuwała się od ludzi, zwłaszcza obcych. Obce miejsca i ludzie napawali ja lękiem i starała się ich unikać.

Tekst powstał przede wszystkim w oparciu o wspomnienia: Marii Justyny Wasilew, po wojnie Wikler, Marii Eligii Wasilew, po wojnie Piotrowskiej oraz Anny Wirkus


Joanna Gierczyńska

Muzeum Więzienia Pawiak

Oddział Muzeum Niepodległości w Warszawie